UWAGA! Ten serwis używa cookies i podobnych technologii.

Brak zmiany ustawienia przeglądarki oznacza zgodę na to. Czytaj więcej…

Zrozumiałem

Strona wykorzystuje pliki cookies, jeśli wyrażasz zgodę na używanie cookies, zostaną one zapisane w pamięci twojej przeglądarki. W przypadku nie wyrażenia zgody nie jesteśmy w stanie zagwarantować pełnej funkcjonalności strony!

Polityka Społeczna

 

KWALIFIKACJE TO ZA MAŁO

W pracy społecznej z ludźmi same kwalifikacje, nawet najwyższe i najlepsze, nie wystarczą. Musi być jeszcze empatia, muszą być w takim człowieku cechy charakteru nie pozwalające mu obojętnie przechodzić obok potrzebujących pomocy, musi być myślenie skierowane na drugiego człowieka, nie na siebie – mówi Ewa Rzepka. 

Rozmowa z Ewą Rzepką,  sekretarzem/dyrektorem Wielkopolskiego Zarządu Wojewódzkiego Polskiego Komitetu Pomocy Społecznej 

 

Co decyduje o tym, że podejmuje się taką trudną pracę, jak w PKPS?

Przede wszystkim powinna to być empatia. To warunek podjęcia jakiejkolwiek pracy społecznej. I świadomość, że są obok nas ludzie, którym żyje się gorzej. 

Wielu ludzi dość obojętnie przyjmuje do wiadomości fakt, że są tacy, którym żyje się źle, gorzej, trudno. Dlaczego Pani nie może przejść koło nich obojętnie?

Mam już taki charakter! Mam takie cechy, które nie pozwalają mi się skupić wyłącznie na potrzebach swoich i swojej rodziny. Należy do nich m.in. wrażliwość na drugiego człowieka, umiejętność i chęć obserwowania innych ludzi, słuchania innych, rozumienia ich sytuacji. Rozmawiałam niedawno z naszymi działaczami i powiedzieli mi, że w swojej pracy spotykają się przede wszystkim z niezrozumieniem potrzeby działalności na rzecz innych. Nie tylko ze strony urzędników i decydentów, ale także ze strony swoich władz, czyli wyższych szczebli PKPS. Na szczęście takich zarządów jest niewiele. 

Myślę też, że nasze roczniki, bo większość osób działających w PKPS to ludzie od 50 r.ż. wzwyż, są wychowane na innych wzorcach, mają większą wrażliwość na drugiego człowieka i inną niż młodzi hierarchię wartości. Ludzie mało wrażliwi koncentrują się wyłącznie na potrzebach własnych i swojej rodziny. Często innych traktują instrumentalnie. Ci nie nadają się do tego rodzaju pracy.

W takiej pracy jak nasza niezbędne jest też poczucie solidarności i umiejętność pracy w zespole. Jeżeli w grupie jest lider, który ciągnie za sobą innych to wszystko układa się bardzo dobrze. Lider nastawiony tylko na siebie nie osiągnie wiele, w dodatku powoduje problemy w zarządzie PKPS. 

Niezbędna jest też, oczywiście, żelazna konsekwencja w działaniu. Do władz i potencjalnych sponsorów czy darczyńców  trzeba wytrwale pukać. I jeszcze jedno: konieczna jest całkowita bezinteresowność. Próbowaliśmy zachęcić do współpracy młodych ludzi i to nie do końca się udawało. Szukali głównie takich zajęć, które będą im potrzebne w przyszłej karierze zawodowej. A tu potrzebne jest inne myślenie, inne podejście. 

Czy młodymi ludźmi, którzy włączają się w prace PKPS kierują podobne pobudki, jak Panią, żeby pomagać innym?

Trudno generalizować, ale patrząc globalnie odpowiem, że nie. Oczywiście, są wyjątki, są wspaniali bezinteresowni młodzi ludzie. 

Młodzi ludzie, którzy do nas przychodzą deklarując chęć współpracy mają empatię, ale głównie myślą o swoim rozwoju osobistym. Przeprowadziłam wiele rozmów z kandydatami i taki wniosek mi się nasuwa. 

Przecież w tego rodzaju pracy daje się pogodzić jedno z drugim?

Tak, ale pod warunkiem, że dana osoba jest otwarta i ma odpowiednio ustawione priorytety. Jeżeli młody człowiek przychodzi do mnie i mówi, że szuka pracy jako wolontariusz, ale interesują go tylko określone zagadnienia, bo, jak się okazuje, on robi licencjat z jakiegoś zakresu, to wiem, że najważniejsze są dla niego jego sprawy zawodowe. Ostatnio jednak zdarzyło mi się rozmawiać z dziewczyną myślącą inaczej. Robi licencjat. Powiedziała, że szuka organizacji działającej społecznie i przyszła tutaj, bo sądzi, że jest to właściwe dla niej miejsce. Powiedziałam, że mamy dwie świetlice socjoterapeutyczne i spytałam wprost czy interesuje ją tego typu praca czy zwykła codzienna nasza praca? Odpowiedziała, że ta codzienna. Mówię więc, że to jest rozdział żywności, ale i noszenie ciężkich pak, praca opiekuńcza itp. Na to ona, że bardzo chętnie właśnie w taką pracę się włączy, bo o takie coś jej chodzi, że chce zobaczyć, na czym polega taka praca społeczna. Byłam bardzo podbudowana. Są więc wśród młodych ludzi i tacy. 

Obserwuję wysyp programów dla seniorów opracowywanych głównie przez młodych ludzi. I nie wiem czemu naprawdę większość z nich ma służyć. Na pewno nie, jak pokazał choćby chorzowski kongres „Obywatel Senior”, ludziom starym…

Powinnam zaprzeczyć, ale z przykrością muszę powiedzieć, że całkowicie się z panią zgadzam. Na naszym terenie też mamy multum programów dla seniorów, np. Aktywni 50+ i bardzo dobrze, że takie inicjatywy są, ale… 

Gdy emeryt ma 700 złotych miesięcznie, to…

No właśnie. Taki człowiek potrzebuje przede wszystkim pomocy, by przeżyć z miesiąca na miesiąc. To, co mnie w tych wszystkich programach drażni, to fakt, że dla osób starszych tworzą je ludzie młodzi, którzy mają bardzo powierzchowne spojrzenie na problemy seniorów i niewielkie ich zrozumienie. Owszem, byliby na pewno bardzo dobrymi doradcami organizacyjnymi, pomysłodawcami, ale… Z tych wszystkich programów – bo tak są one pomyślane - korzystają przede wszystkim ludzie, którzy już są aktywni. 

I których stać na taką aktywność.

Oczywiście. Człowiek, który nie ma za co wykupić niezbędnych leków, nie ma z czego opłacić świadczeń i żyje w ubóstwie nie myśli o takiej czy innej aktywności, bo przytłaczają go podstawowe codzienne problemy. Bardzo martwi mnie to, że w zasadzie nie ma programów aktywizujących właśnie tych seniorów. Biednych, samotnych, wykluczonych czy wręcz wyrzuconych na margines życia. A jest ich naprawdę wielu. Tych ludzi przede wszystkim należałoby wyciągnąć z domu. To jest największy problem. Z mojego doświadczenia, w końcu wieloletniego, wynika bezsprzecznie, że największym problemem jest dotarcie do takiego człowieka i przekonanie go, by wyszedł na zewnątrz, do ludzi, do życia, do świata. Oni siedzą w domu i z reguły są pogrążeni w depresji. Czekają na śmierć. Tych seniorów należałoby w pierwszej kolejności objąć opieką, ale i takimi działaniami, które z tej sytuacji by ich wyrwały, zachęciły do jakiegokolwiek działania. 

Chyba przede wszystkim należałoby mu zapewnić podstawowe warunki bytu. Po wielu latach pracy tym ludziom to się po prostu należy. U nas funkcjonują takie czy inne programy, ale zapomina się o najważniejszym: o człowieku. To jest na każdym kroku, nie tylko w stosunku do seniorów. Nie szanujemy ludzi.

Taaak, to smutna prawda. Gdzieś ginie z pola widzenia człowiek, choć niby wszystko robi się dla ludzi. To swoisty paradoks.

Analizując programy, które funkcjonują w Poznaniu jako Zarząd PKPS stwierdziliśmy, że należałoby podjąć próbę stworzenia Centrum Aktywności Społecznej w dzielnicy, która jest tak naprawdę wyłączona z jakiejkolwiek aktywności. To Dębiec. Tymczasem jeżeli w Poznaniu cokolwiek fajnego się dzieje, to dzieje się to z reguły w centrum miasta. A my mamy taką jednostkę, o którą walczyliśmy i udało nam się ją utrzymać do końca tego roku. To „Słoneczna Przystań” – Dzienny Dom Pomocy społecznej PKPS. 

Na bazie doświadczeń „Słonecznej Przystani” zaproponowaliśmy więc władzom miasta utworzenie w tym właśnie miejscu, za niewielkie w sumie pieniądze, czegoś, co dawałoby szanse połączenia ludzi aktywnych i tych siedzących w domach. Wymyśliliśmy wspomniane Centrum Aktywności Społecznej, w którym będzie dzienny dom pomocy dla osób potrzebujących kompleksowej pomocy, w którym będzie działał Klub Dojrzałych Nastolatków i Akademia Wiedzy. Dzięki tym mackom mamy nadzieję dotrzeć do osób, które zamknęły się na życie i świat. Mamy już dobre rozeznanie, jeśli chodzi o potrzeby. Dużo osób ma np. problemy z utrzymaniem mieszkania, opłatami, spłatami rat kredytów za dorosłe dzieci itp. Wiemy, że bardzo potrzebny jest tu punkt bezpłatnych porad prawnych. Ci ludzie często są tak zapętleni w przerastających ich możliwości sprawach, że często myślą już tylko o samobójstwie. Im trzeba pomóc w pierwszej kolejności. Tego nie załatwią programy aktywny senior itp. Niezbędny jest także punkt pomocy socjalnej, bo to biedna dzielnica i ci ludzie żyją często w skrajnym ubóstwie, nie mając co jeść. Okazuje się, że są osoby chętne do takiej pracy społecznej. 

Tak więc wiemy, jak działać, mamy opracowany program działania, ale miasto nam ten projekt musi zatwierdzić, żebyśmy mogli go realizować. Poprosiłam o opinię dotyczącą tego projektu Ośrodek Pomocy Społecznej, Spółdzielnię Mieszkaniową na Dębcu i specjalistów z Uniwersytetu im. Adama Mickiewicza. Trudno w tej chwili powiedzieć, czy w urzędzie miasta znajdą się na to środki, chociaż nam to obiecano. 

Nie siedzimy z założonymi rękami i nie czekamy bezczynnie. Zrobiliśmy już pierwszy krok, gdyż we współpracy z Radą Osiedla Dębina i Dębiec zorganizowaliśmy spotkanie z okazji Dnia Seniora w klubie osiedlowym. Na to spotkanie przyszło 70 osób. Wszyscy się dopytywali, jak to zrobiliśmy. Zwykle na spotkania przychodzi kilkanaście osób. 

Jak się układa współpraca z władzami?

To zależy gdzie. W terenie często bardzo dobrze. 30% zarządów terenowych oświadcza, że w swojej działalności spotykają się z ogromnym zrozumieniem, że władze użyczają im bezpłatnie lokali na działalność, że w prace PKPS włączają się też pracownicy ośrodków pomocy społecznej.  W samym Poznaniu… No cóż, nie jest tak dobrze, niestety. Kontakt, pracę utrudnia brak zrozumienia. Są deklaracje, ale nie jesteśmy traktowani partnersko. W terenie dużo instytucji, organizacji, w tym władze samorządowe traktują PKPS po partnersku. I to jest prawidłowy, zdrowy układ.

W terenie chyba te ludzkie trudne problemy są lepiej widoczne, są bliżej.

To prawda. Poza tym w małych miejscowościach czy lokalnych społecznościach ludzie są rozpoznawalni i są obserwowani. To motywuje do działań pozytywnych, gdyż zawsze człowiek może przyjść i powiedzieć, że obiecano nam to i to, ale tego się nie realizuje. I wiadomo, kto za co odpowiada. W dużych aglomeracjach tak nie jest. Jest anonimowy urzędnik i anonimowa społeczność. Ponadto urzędnicy zamykają się każdy w swojej działce.

Koncentrują się na swoich tabelkach, wytycznych itp. 

Właśnie. Dlatego ten człowiek pracujący społecznie musi być konsekwentny, wytrwały, uparty i pukać ciągle w te drzwi, by przekonać urzędnika, aby zechciał pomóc. To się często udaje, ale wymaga wiele energii i pochłania czas. 

Pani dość dużo jeździ po terenie, więc dobrze zna z autopsji nie tylko potrzeby placówek PKPS i ich podopiecznych, ale i faktyczną realizację…

Tak. Jest tam często problem innego rodzaju: nie ma liderów, nie ma kto podjąć działalności tak, by pociągnąć za sobą innych, brakuje ludzi kreatywnych. Opieramy się na pracy działaczy mających różne zainteresowania. Działacze często uważają, że aby podjąć np. działalność poradniczą trzeba samemu mieć w tym zakresie odpowiednią wiedzę. A to nie tak. Specjalistę można znaleźć, liderem trzeba się urodzić i trzeba mieć odwagę nim zostać. To taki napęd wewnętrzny, którego wielu naszym działaczom brakuje. Jednak muszę podkreślić, że nie jest źle, bo przecież prowadzimy świetlice socjoterapeutyczne, kluby seniora, punkty pomocy socjalnej, organizujemy wypoczynek dla dzieci i seniorów itp. Ale mogłoby być lepiej, gdyby było wśród nas więcej ludzi kreatywnych. Podkreślam, że wszystko tutaj ludzie robią społecznie. 

Co należały zreformować, poprawić, by pomoc była naprawdę pomocą ludziom, a nie fikcją i działaniem wyłącznie doraźnym?

Przede wszystkim zmienić myślenie i nastawienie urzędników.  Także w sposób prawidłowy kształtować mentalność społeczeństwa, by nie postrzegano ludzi potrzebujących pomocy jako balastu. Tu dużą rolę odgrywają media, póki co niechlubną i szkodliwą. Decydenci winni być bardziej elastyczni, ale przede wszystkim powinni nauczyć się słuchać ludzi i rozmawiać z ludźmi, konsultować swoje pomysły i decyzje z praktykami. Działacze wszystkich organizacji, w tym PKPS, są przede wszystkim praktykami. I naprawdę dobrze znają problemy środowiska, w którym funkcjonują. Działają przecież bezpośrednio w kontakcie z konkretnymi ludźmi. Gdyby urzędnicy traktowali działaczy społecznych jak partnerów wszystko byłoby prostsze, łatwiejsze i korzystniejsze dla tych, którzy potrzebują pomocy. 

Poza tym – przepisy. Te zmieniają się co chwilę, co niesłychanie utrudnia pracę. 

No i mentalność zarówno władz, jak społeczeństwa. 

I niezbędna jest polityka społeczna z prawdziwego zdarzenia. Polityka, nie działania akcyjne, doraźne, programy itp. To trudne, ale bardziej efektywne i w sumie tańsze. Organizacje społeczne powinny być partnerem decydentów – powtarzam to któryś raz, ale to naprawdę ważne - tymczasem nikt nas o nic nie pyta, nie konsultuje z nami żadnych programów, decyzji itd. 

Niezbędna jest autentyczna praca z podopiecznym i rodziną. Asystent, aby działał skutecznie powinien mieć jedną rodzinę pod opieką, nie pięć i powinien to być działacz społeczny, nawet jeżeli nie ma wyższego wykształcenia, bo on te problemy zna i ma doświadczenie w pracy z ludźmi, którzy sobie z różnych powodów nie radzą z życiem. On tych ludzi wspiera a nie osacza regułkami, przepisami, poleceniami itp. To, że coś jest nie tak najlepiej widać w tej chwili na przykładzie rodzinnych domów dziecka. Czegoś w tym całym programie brakuje. Nie wystarczą kwalifikacje, musi być coś więcej.

Przeraża mnie fakt, że 25 lat temu, gdy zaczynałam pracę w PKPS z pomocy korzystali dziadkowie tych, którzy oczekują i potrzebują jej teraz. To najlepszy dowód, że pomoc jest źle zorganizowana i mało skuteczna. 

Dziękuję za rozmowę.

 

Free Joomla! template by Age Themes