UWAGA! Ten serwis używa cookies i podobnych technologii.

Brak zmiany ustawienia przeglądarki oznacza zgodę na to. Czytaj więcej…

Zrozumiałem

Strona wykorzystuje pliki cookies, jeśli wyrażasz zgodę na używanie cookies, zostaną one zapisane w pamięci twojej przeglądarki. W przypadku nie wyrażenia zgody nie jesteśmy w stanie zagwarantować pełnej funkcjonalności strony!

 

WEWNĄTRZ SŁÓW

Ja wybierając klatkę, wybrałem wolność...wolność niczym już nie ograniczoną...ani tradycją, ani autorytetem, ani...(...)wykorzystałem... w sposób najlepszy moją wolność wyboru... wybrałem klatkę i dzięki temu jestem wolny w klatce... moja wolność jest prawdziwsza od wolności moich strażników... Tadeusz Różewicz „Odejście Głodomora”.

Tak, przyznaję się. Jako autorka tego szkicu kradnę, jak i autorzy wszelkich opracowań, część ego Tadeusza Różewicza. To nieuchronne. Czy poeta wpisał tego rodzaju straty w rachunek swego życia ? W cenę ? Chyba tak, chociaż - jak sądzę - irytuje go to, zaskakuje, niekiedy rozbawia, zawsze trochę boli. Przydawanie, przyklejanie mu spraw, o których nie myślał, których nie czuł, które go nie interesowały, słowem przyprawianie gęby nie może być obojętne. To zawsze jest jakimś budowaniem artysty poza nim samym. Tworzeniem wizerunku nie istniejącego. ...czy Pan przywiązuje / wagę do tego  co o Panu piszą i mówią (...) on o mnie mówi / że ja jestem nie ja / on mi ukradł / mnie („Poemat autystyczny”). „Poemat autystyczny” = poeta osobny?  Chyba tak. A człowiek ? Cóż, człowieka, takiego do odczytania, łatwego, uchwytnego tu nie ma. Dość hermetycznie ukryty za zasłoną wierszy, prozy, dramatów, ba - teatru całego, głębokiej refleksji.... Jest znowu poeta, pisarz, dramaturg. Być może, to co piszą o nim, co o nim jako o artyście mówią ma i dla niego pewną wagę, ale to jest „osobne”, bo to nie on. Wszyscy kradną mu jego „ja” i robią z niego kogoś kim nie jest. To los każdego twórcy. Potem, gdy znajdzie się już na drugim brzegu będą tworzyć jego biografię, będą znowu - z pietyzmem, złośliwością, zachwytem czy obiektywizmem - budować jego życie bez niego, poza nim i wbrew niemu. Najciekawsze - a może i dla bohatera tych przeobrażeń i portretów - najzabawniejsze jest ironiczne obserwowanie tego tak mu obcego świata. Chociaż... Autyzm to obcość, to własny, hermetyczny świat i zamknięte życie, klatka, lęk. Różewicz jakby widzi w tym jeszcze jeden aspekt: wybór. 

 Istnienie w słowach

Jaki jest więc Różewicz stworzony przez „Poemat autystyczny”, „Niepokój”, „Płaskorzeźbę”, „Wspomnienie ze snu”, „Kartotekę”, „Starą kobietę”, „Do piachu”, „Białe małżeństwo”, „Śmiesznego staruszka”? A “Et in Arcadia ego”? “Appendix”, gdzie mówi: Śpiew to istnienie / ponieważ patrzył / w sprawy wieczne / porzucił żonę i córkę a ta córka potem jako 70-letnia staruszka / zadaje sobie śmierć / anty-estetyczną (...) dusi się gazami spalinowymi / jakby w ostatnim jeszcze geście / anty-Rilkowska (...) zadaje sobie śmierć / odpychającą okrutną obrzydliwą / Grób w Raron (...) został zrujnowany / kości Poety wyrzucono / na śmietnik (...) Różo, o czysta sprzeczności, rozkoszy / Nie jesteś niczyim snem pod tylu / Powiekami ? A Duszyczkę, która weszła w moje życie / wyszła? Ale przedtem był pogrzeb, wyprowadzenie zwłok, jeszcze wcześniej śmierć. ...więc to tak - stwierdza  poeta - tu chodzi o ciebie / zwłoki to ty / z czego zwłóczy się ciało / z niczego z duszyczki... Z czego zwłóczy się ciało - to piękne. Ale poeta zaraz tę chwilę refleksji, zadumy i piękna przełamuje ironiczno - zabawnym stwierdzeniem, że z niczego / z duszyczki. Cały sztafaż pogrzebowy staje się czymś mało ważnym, ot, reporterskim stwierdzeniem faktu, że jak jest śmierć, to potem jest pogrzeb, trumna, katafalk i ciało zwłóczone z duszyczki, która została albo tylko przyzostała tu, na ziemi, wśród tych, którzy to ciało pożegnali. Ciało pozostawiło duszę. To już coś.

Poeta, pisarz, twórca to ktoś, kto nieustannie powstaje i staje się, bo ciągle pisze: choćby nowe wiersze. Różewicz jest więc, jakby w stadium, czasie, okresie, życiu ciągłego twórczego stawania się. A więc młodości. Bo tylko młodość nieustannie i nieuchronnie zmierza ku dojrzałości. Człowiek ją osiąga, nazbyt szybko i nazbyt powierzchownie, naskórkowo jakby. Poeta stale się staje. Tworzą go wiersze, dzieła już napisane i te, które właśnie pisze, także te, które dopiero napisze. W tym  sensie poeta, artysta jest zawsze młody, niedojrzały. Prezentuje się tylko w dziele i poprzez dzieło. Poza nim - nie istnieje.

przypomnij sobie / jak się jest poetą / jak się bywa poetą / przypomnij / kiedy byłem ostatni raz poetą? (...) to jest tak / i jeszcze tak: / staję się poetą / kiedy odkładam pióro ( ...) i dopisuję słowa... Po co interpretować ? Wystarczy czytać. Czytać, co jest napisane. I to, co wypełnia przestrzeń „między”. Ale i „pod”. Często słowo u Różewicza jest tylko naskórkiem myśli, jej zarysem bądź sygnałem. Czytać i komentować, cząstkowo, jednostronnie, po swojemu, bo każdy ma do tego prawo. A Różewicz tworząc tak otwarte struktury swoich wierszy czy dramatów jakby tym bardziej nam to prawo przyznaje i wręcz do tego zachęca.

Po końcu świata / po śmierci / znalazłem się w środku życia. Jeżeli ciało zwłóczyło się z duszyczki a dusza tu przyzostała, to można utknąć po śmierci w środku życia. Nawet po końcu świata, który już był ? Oczywiście - tu pole do interpretacji i komentarzy jest bardzo szerokie. Końców świata była już chyba wiele. Śmierci też było wiele. A Poeta pozostał w środku życia. 

Motyw śmierci pojawia się w utworach Różewicza w przeróżnych konfiguracjach, jest jakby wpisany - bardziej lub mniej jawnie - w tę poezję i tę dramaturgię. Nie tylko jako rzecz nieuchronna, ale także jako coś niezwykle statycznego, nieruchomego. Tym ruchliwsze staje się to wszystko, co dookoła. W świetle lamp filujących / świat wyglądał inaczej / twarze żywych umarłych / i śpiących / twarze odwrócone(...) w świetle lamp kopcących / człowiek był zadomowiony / mocniej w radości / głębiej w trosce / cienie rozchwiane / odchodziły wracały rosły / słowa były cieplejsze / nieśmiałe / dom kołysał się / odpływał z trumną i kołyską / w świetle lamp filujących / nieskończoność była skończona (...) o tych lampach / prawie wszystko wiedział / poeta z Drohobycza / „prawie” / bo wszystkiego / nikt nie wie / ani o swoich narodzinach / ani o śmierci. Nikt nie wie. Nawet Poeta. Nawet wtedy, gdy osnuwa ową tajemnicę narodzin, życia i śmierci pajęczyną słów.

 Różewicza wieża Babel

Języki poetyckie pomieszały się od dawna. Ale w bogatej twórczości literackiej Tadeusza Różewicza mamy do czynienia nie tylko w wieżą Babel języków, ale i stylów, i gatunków literackich. W każdym jego utworze w zasadzie odnajdziemy poezję, epikę, dramat i teatr. Może właśnie teatr najbardziej ? Teatru najwięcej ? Chyba tak. Bo sposób przedstawiania świata u Różewicza jest przede wszystkim teatralny. Każdy jego utwór ma swoje dekoracje, tekst, scenę, aktora i publiczność, w każdym jest specyficznie sceniczne mieszanie styków wypowiedzi i słów. Zatarcie granic między jakościami literackimi Różewicz nie tylko doprowadził do perfekcji, ale ów własny wielostyl stał się od razu klasyką. I to jest chyba największy paradoks w jego twórczości twórca wręcz rewolucyjny w konstrukcji utworów literacki, na pewno awangardowy jest zarazem twórcą klasycznym. Ta wielostrunna i wielostylowa konstrukcja jest bowiem klasycznie czysta, klarowna i doskonała. Jak grecka kolumna czy grecka rzeźba, wreszcie grecka świątynia. Ale w tej klasycznej konstrukcji zarazem przenika się wszystko ze wszystkim. Wystarczy wspomnieć „Kartotekę”. Monolog stapia się z dialogiem, sprawozdawcza lakoniczność, niekiedy wręcz słownikarska wyliczanka słów z wypowiedzią liryczną, tekst oryginalny z cytatem, wiersz z prozą, teatr z dramatem a wszelkie spojenia między tą różnorodnością form są zatarte. Kartotekę ma każdy. Różewicz jako pisarz i Różewicz jako człowiek. I Bohater. Nie chodzi tu o spoistą i wyrazistą biografię czy „obraz losu”, lecz właśnie o kartotekę. Ot, taką na przykład jak u lekarza, w sądzie, urzędzie statystycznym, podatkowym czy na półkach służb tajnych. Te kartoteki są dziwne. Są przecież prawdziwe, dotyczą każdego z nas indywidualnie, każda związana jest z naszym nazwiskiem, datami, każda przypisana do nas jakimś numerem. Są one nasze i jakby nie nasze, bo nikt z owych kartotek naszego życia nie złoży ani nie odtworzy. Nikt z tych rozsypanych kawałków nie złoży żadnej całości. Kartoteka może być tylko zbiorem. Nawet, gdy dotyczy, jak w „Kartotece”, losu danego pokolenia. Jest zbiorem czegoś, co jawi się w rozsypce, pomieszaniu i przemieszaniu materii, wartości, hierarchii ważności. Jest swoistym gruzowiskiem. Wszystkie fiszki są, ale co z tego ? Biografia, los Bohatera wyłania się dopiero z jego rzeczywistości wewnętrznej. Jedni budują więc tę sztukę w poetyce snu, inni jako collage. Albo, jak Kazimierz Kutz w Teatrze Dramatycznym jako partyturę, która jest drogą prowadzącą do „teatru wewnętrznego”. Z ową rozsypką świata spotkaliśmy się już w „Głosie anonima” w „Tarczy z pajęczyny” na przykład: wiem że mam obowiązek to wszystko połączyć / ale nie wiem w jakim celu. A może nie trzeba / łączyć tylko dzielić a może nie trzeba dzielić. Jedyna reakcja, na jaką stać anonima wobec śmierci kultury, jest inwentaryzacja fragmentów, których nie potrafi poskładać w całość, gdyż sam nie ma „całości”. 

Różewiczowski bohater uosabia Każdego a jego świat jest „sytuacją”, najszerszą formułą, w jaką można człowieka wpisać. Może dążyć do kształtu, w którym musi siebie odnaleźć, ale... Ten kształt może stworzyć tylko artysta. To brzmi nieco zawile, ale w gruncie rzeczy jest proste, bo zasadza się na podstawowym wręcz pytaniu: czy w owym Każdym, owym Przeciętnym odnajdujemy, spotykamy, rozpoznajemy siebie ? Jeżeli nie w całości, to we fragmentach rozsypanego świata - tak. 

Dramaty Różewicza najbliższe są dla mnie malarstwu Picassa. Moje obrazy przedstawiają ludzi, którzy wzięli rozbrat z naturą i cywilizacją i są zdani na łaskę nieznanych i tajemniczych sił. - pisał. - Wszystko, czego dotknę, ożywia się i staje ucieleśnieniem któregoś z elementów mojego wewnętrznego dramatu. Podobnie dzieje się w wierszach i teatrze - bo dramat jest tu za wąskim określeniem - Różewicza. Nie tylko wszystko, czego on dotknie w tajemniczy sposób się ucieleśnia, ale także i to, czego dotykamy czytając jego utwory czy będąc widzami w jego teatrze. Najbardziej tajemnicza jest tu forma. Różewicz jest pisarzem chłodym. A mimo to nie tworzy „świątyń bez Boga”. Nie wywołuje w nas wzruszeń, nie naładowuje emocjami. Pobudza myśl, zmusza do refleksji.   Opisuje jakby sny, obsesje, koszmary, fantasmagorie, które rodzą się w nim w zetknięciu z rzeczywistością, w zderzeniu z nią. Ale czyni to bez emocji, bez namiętności właściwej takiemu osobistemu przetwarzaniu świata. Jest chłodny, ma dystans. jest w „klatce” swoich utworów tym, który wybrał wolność. I który nam, odbiorcom, stwarza możliwość wyboru wewnętrznej wolności. Ta wolność jest na pewno najprawdziwsza, ale... Jak to u Różewicza jest to wolność najgłębszej samotności. Bo znowu, jak pisał Picasso niczego nie można dokonać bez samotności. Starałem się sobie stworzyć jak najzupełniejszą samotność. Ale mi się to nie udało. Odkąd istnieje zegar, niemożliwe jest osiągnięcie samotności.(...) Trzeba więc zadowolić się „pozorowaną samotnością”. W tej ograniczonej samotności trzeba się całkowicie pogrążyć. 

U Różewicza tym elementem, który rozbija całkowitą samotność jest słowo. Bo jakże można być całkowicie samotnym ze słowem ? słowami ? Jest to więc także coś pozorowanego, podobnie jak owa wolność, o której pisał w „Odejściu Głodomora”. Jakieś gruzowisko, którego fragment poeta przeistoczył w swoją „osobistą wolną klatkę”. 

Teatr Różewicza to teatr bez akcji. To oczywiste, gdyż teatr wewnętrzny nie ma akcji, ma tylko sytuacje, które mogą - ale nie muszą - układać się w obrazy sceniczne. Po różewiczowsku swoiste, bo nieruchome. Nieuruchomione obrazy sceniczne to jakby istota jego „teatru otwartego” czy „wewnętrznego”. Jedną częścią swego chcenia - pisał Andrzej Falkiewicz - chciałby pozostać wziętym dramaturgiem, którego pełnospektaklowe utwory wystawiane są z powodzeniem na akademickich scenach, drugą częścią chcenia chce być wierny sobie, wierny temu, co z siebie i własnej twórczości zrozumiał. Jedną częścią chcenia sporządza wielosłowne „dramaty” w tradycyjnym rozumieniu, drugą częścią zmierza do tego najbardziej lapidarnego nazwania, którego nie da się już rozwinąć w spektakl. Między innymi na tym polega oryginalność i niekonsekwencja teatru Różewicza. Dodałabym tu jeszcze jeden istotny element. Dramat, w sensie „utworu wielosłownego” przeznaczonego do wystawienia na scenie u Różewicza jest nie tylko dramatem. Jest czymś więcej: jest teatrem. Ten dramat nie - dziania się, ta sztuka bez „akcji” dzieje się cały czas, w każdym momencie umieszczenia - z niezwykłą konsekwencją i logiką struktury - słowa w danym miejscu.   Różewicz ma ów niezwykły dar stawiania słów w określonych miejscach w taki sposób, że kreują w naszym umyśle Tę drugą, wewnętrzną część swego istnienia, wewnętrzną rzeczywistość. W samej strukturze napisanego dramatu jest teatralność czy teatralizacja. Słowa są jedynie instrumentem, takim zwłóczeniem ciała z duszyczki. 

Sam Różewicz do tych konstrukcji świata bez świata, które stwarza w swoich utworach, zwłaszcza teatralnych, ma stosunek z lekka podejrzliwy. Jakby nie jest pewny do końca ich wartości. Są między moimi utworami takie/ z którymi nie mogę się pogodzić / przechodzą lata/ nie mogę się z nimi pogodzić / nie mogę się ich wyrzec / są złe ale są moje / ja je urodziłem / żyją z dala ode mnie / obojętne martwe / ale przyjdzie chwila kiedy wszystkie / zbiegną się do mnie / te udane i te nieudane / kalekie i doskonałe / wyśmiane i odrzucone / zbiegną się w jedno - pisał Tadeusz Różewicz w „Powrocie”. Kiedy nastąpi ta oczekiwana chwila ? gdy już tylko cisza zacznie „malować” Poetę, gdy zostaną już tylko jego utwory. Bez niego. Ale też i wtedy - choć nie do końca - gdy autor stworzy jednolitą formułę obejmującą sobą człowiecze doświadczenie. Najpierw będzie się wydawało, że jest to zupełnie przypadkowa zbieranina obrazów, słów, myśli aż w pewnej szczęśliwej chwili to wszystko zbiegnie do środka. Błyśnie przed oczami przypadkowego przechodnia: Złote miasto. Wtedy teściowa sprowadzona do poziomu domowego zwierzęcia („Koncert życzeń”), król stworzenia warujący przy budzie, determinowany popędami i głodem („Król”), człowiek rura kanalizacyjna, przez którą przecieka świat („Nowy człowiek”), bohater żyjący „poziomo”, pisarz piszący bez wzlotów, ale je markujący jak Waluś („Do piachu”), kobieta wysiadująca... życie („Stara kobieta wysiaduje”), nieskonsumowane małżeństwo („Białe małżeństwo”) wygrają grę o „całość”. Ale czy może się owa gra udać bohaterom Różewicza, skoro nie udała się - jak na razie - jemu samemu ? stwarzałem siebie / budowałem życie / ludzi zwierzęta krajobrazy / / mówił do ziemi / do ptaków / do nieba // milczało niebo / milczała ziemia / jeśli usłyszał głos / który płynął / z ziemi wody i nieba / to był to głos drugiego człowieka.   na razie Różewicz jakby wie jedno: poezja, słowo to metafora. Należy się przed nią bronić, bo ona „zamazuje” treść. gdzie wobec tego jest owo jądro ? Chyba jednak, mimo wszystko, w poezji, która poprzez swoją formę i postać może określać sens życia. Może jest w tym i pewien dadaizm? Język, słowa nie mają jakby znaczenia stałego, są pewnymi przypadkami. Dadaiści podkreślali, że język, słowo nie jest już środkiem do przekazywania czegokolwiek komukolwiek, lecz jest bytem. To myślenie jest chyba bliskie Różewiczowi - poecie, choć w jego utworach słowa kreują byty. Własne, wewnętrzne, indywidualne. Każdy z tych użytych w określonej konfiguracji słów - kodów u odbiorcy kreuje jego własną rzeczywistość, jego własny „teatr wewnętrzny”, a którym przychodzi mu się zmagać. Na tym padole łez / pisuję jeszcze / poezje / zostawiam w nich język / razem z wnętrznościami. Zawsze więc jeszcze pozostaje do odnalezienia jakiś jeden, bezcenny fragment z gruzowiska rzeczywistości, wart wyniesienia ze współczesnego śmietnika. To jednak słowo. Słowo tworzące rzeczywistość z wyobraźnią. To także specyfika twórczości Tadeusza Różewicza, który jak John Cantwell jest przekonany, że aby namalować ciszę / trzeba ją zagarniać / powolnymi ostrożnymi ruchami. Aby namalować, opisać, napisać wreszcie rzeczywistość, los, człowieka, życie trzeba dać im wyobraźnię. Zamieszkać we wnętrzu słów, jak we wnętrzu obrazów. Bo wewnątrz nich jest ogromne napięcie. 

Justyna Hofman - Wiśniewska

 

 WARTO PRZECZYTAĆ

 

LICZY SIĘ TYLKO ZYSK

To wstrząsająca książka. Ujawnia mechanizmy rządzące rynkiem farmaceutycznym na całym świecie. Autor demaskuje to wszystko, co przed zwykłym „zjadaczem tabletek” jest ukryte. Nie jest to żaden wymysł czy zemsta na koncernach. Autor książki „Skutek uboczny: śmierć” wszystko opiera na udokumentowanych faktach oraz sprawach znanych z własnego doświadczenia. Doktor John Rengen Virapen, bowiem, osobiście brał w tym udział. 

Kim jest Renden Virapen? Obecnie już na emeryturze. Jest byłym dyrektorem wykonawczym szwedzkiego oddziału koncernu Eli Lilly and Company. Korupcja, oszustwa, przekupstwo to zasady działania tej firmy, ale i wielu innych dużych i znaczących firm, farmaceutycznych. Virapen ujawnia, dlaczego tak wiele leków i preparatów o niebezpiecznych dla zdrowia skutkach ubocznych zostało zatwierdzonych, wprowadzonych na rynek, jest przepisywanych pacjentom, jak np. Prozac. To nie są czcze oskarżenia czy informacje wyssane z palca. Autor podaje źródła, więc bez trudu można wszystko sprawdzić. O mechanizmach działania koncernów i dużych firm farmaceutycznych pisano – i pisze się – także w stricte naukowych międzynarodowych czasopismach medycznych. Te artykuły także potwierdzają wiarygodność opisu dr Virapena.

Karierę dr Virapen zaczął jak wielu lekarzy będących przedstawicielami handlowymi firmy farmaceutycznej. On trafił od początku bardzo dobrze, bo Eli Lilly and Company, oddziału w Szwecji. Odwiedzał lokalnych lekarzy, wręczał im drobne upominki czy niewielkie łapówki zachęcając ich tym sposobem do ordynowania pacjentom leków firmy Lilly. Gdy nie starczał drobny upominek zapraszał swoich klientów na konferencje naukowe do egzotycznych krajów i miejsc, niekiedy do ekskluzywnych domów publicznych, posuwał się do przekupstwa. Szczerze wyznaje: Przekupiłem szwedzkiego profesora, by zwiększyć szansę rejestracji Prozacu w Szwecji. Przekupywał nie tylko profesorów czy ordynatorów, ale i medycznych konsultantów regionalnych i krajowych, właściwych przedstawicieli rządów. Miał do tej pracy smykałkę, więc jego wyniki w rankingach szybko pięły się w górę. 

Firmy farmaceutyczne nie tylko ignorują część badań, zwłaszcza tych, w których skutków ubocznych danego leku jest sporo czy są one groźne, ale i pod produkowane leki tworzą nowe jednostki chorobowe, by jak najwięcej ludzi korzystało z ich preparatów. Wszystko w imię zysku. Bo tylko zysk się naprawdę liczy. Reszta jest nieistotna. Firmy tuszują – i to z łatwością – skandale, ukrywają przypadki śmiertelne spowodowane przez dany lek, często wprawiają w ruch potężne mechanizmy marketingowe, które sprawiają, by nowy składnik leku został dopuszczony na rynek bez rzetelnych badań. Producenci leków sami decydują jakie informacje przekażą organom państwowym, przeinaczają fakty dotyczące leku. Dobro pacjenta NIGDY nie jest najważniejsze.

Nawet politycy muszą zadać sobie pytanie, dlaczego ich zainteresowanie, by rynek farmaceutyczny był uczciwy, jest małe – pisze autor w Epilogu. – Weźmy tylko pod uwagę, jak wiele pieniędzy wpada do systemu opieki zdrowotnej kanałami, które nie mają absolutnie nic wspólnego z dbaniem o potrzeby pacjenta. Moja historia pokazuje, że przede wszystkim to jest problemem. Jeśli można poprawić system opieki zdrowotnej, po prostu ucinając korupcję, dlaczego nikt tego nie stara się zrobić?

Dlaczego dr Virapen zdecydował się zdemaskować działalność koncernu farmaceutycznego, w którym funkcjonował na eksponowanym i znakomicie opłacanym stanowisku przez wiele lat? Na to pytanie odpowiada uczciwie na łamach książki, więc nie będę jego argumentów i wywodów powtarzać. 

To wszystko jest kwestią pieniędzy. Powyższy nagłówek stanowi najważniejsze przesłanie mojej książki – wyznaje. – Osiągniesz to, co chcesz; nadwerężysz sobie kręgosłup i przekroczysz każdą granicę prawną, jeśli tylko znasz odpowiednią cenę – i jesteś gotów ja zapłacić. (…) Rząd nie jest w stanie ochronić ani was, ani mojego synka przed przestępczymi strukturami w branży farmaceutycznej. Same władze są przekupne, podobnie jak eksperci i lekarze. Refleksje i wnioski pozostawiam Czytelnikowi.

 

John Virapen „Skutek uboczny: śmierć. Czy wiesz, jakie leki łykasz?”; wydawnictwo Publicat, polskie wydanie 2011.

 

WARTO ZOBACZYĆ

 

NA WYSPACH SZCZĘŚLIWYCH – INDYWIDUALNY SPOSÓB ISTNIENIA


Pomiędzy koncepcję

I kreację

Pomiędzy wzruszenie

I odczucie

Pada Cień

A życie jest bardzo długie

T.S.Eliot, „Wydrążeni ludzie”

Wyspy szczęśliwe. Każdy do nich tęskni, każdy o nich śni. Nie każdy ma szansę się na nich znaleźć. Franciszek Bunsch lata temu zawędrował na swoje wyspy szczęśliwe wybierając sztukę. Grafikę, malarstwo. Tak, artyście znaleźć się na owych wyspach jest najłatwiej. Przynajmniej w chwilach tworzenia, bo potem różnie z tymi wyspami bywa.

Prace tego bardzo ciekawego i niezwykłego artysty mogliśmy oglądać Galerii Katarzyny Napiórkowskiej przy ul. Puławskiej 17 w Warszawie od 2 – 17 kwietnia br.

Grafiki eksponowane w Galerii to małe formaty. Ma to znaczenie w obcowaniu z dziełem, w kontemplowaniu go, „wczytywaniu się w nie”. Dostrzegamy coraz więcej szczegółów, nasza refleksja się pogłębia, „odczytujemy” coraz to nowe znaki i znaczenia, symbole, metafory. To grafika, z którą nie tylko nawiązujemy jakąś wysublimowaną więź, ale jakby zaczynamy z nią „współżyć”. Zwłaszcza gdy zakupimy dzieło i powiesimy je w domu. Ale i w Galerii, na wystawie to specyficzne „współżycie” z grafiką czy obrazem ma swój czas, miejsce, swoją przestrzeń. Bardzo bogatą przestrzeń, bo na różnych płaszczyznach. Zewnętrznego oglądu, rodzenia się emocji, refleksji. Oczywiście przy jednych zatrzymujemy się dłużej, przy innych krócej. Są takie, do których wracamy. I „wczytujemy się” po raz n-ty. Bo warto. Warto zobaczyć tę kreskę, tę linię, tę kompozycję, kolor, grę światła, odkrywać niuanse warsztatu, refleksyjność tematu. Warto wejść w te klimaty.

Fascynująca, bo wręcz wsysająca, jest dla mnie nastrojowość grafik Franciszka Bunscha. Klimat bliski, ocieplony spojrzeniem artysty, taki… zapraszający. Zapraszający do współuczestniczenia w specyficznym bardzo, bo w przestrzeni odbioru, akcie kreacji. Grafika Bunscha jest impulsem do snucia własnych wspomnień (np. „Dom w deszczu”, „Dziadyga”), wyłaniania z fali widzianych przecież takich tematów a naturze tych podobnych, włączających się w wyjątkowy strumień obrazów. Jest w grafikach Bunscha metafora, jest także liryka i jest… żart (np. „Kulawy Pegaz”, „Kuszenie”, „Marzenie”, „Maska ogrodnika”).

Stoję w środku

nieruchomy jak pomnik

na jednej nodze

przed skokiem w ostateczność

(Zbigniew Herbert „Pan Cogito”).


I Franciszek Bunsch „stoi w środku” tych swoich wysp szczęśliwych, i ja z nim stoję w środku tych jego grafik – obrazów i nie chce mi się z tego świata wychodzić. Dobrze byłoby tak sobie trwać w tym środku przed „skokiem w ostateczność”. W tym świecie, w tych światach, których oracja jest niezmordowana. Artysta zebrał wiele słów w liniach, słów domniemanych, niewypowiedzianych wprost, ale w jakiś sposób żywych. Jego grafiki są jak nieustannie rozkwitająca linia błądząca między dziadygami – strachami, plenerami, katedrami, przechodniami, portretami, kroplami.., a w każdej „na przełęczy wiatrów nowe wstaje światło” (Zbigniew Herbert „Pan Cogito”). Swój świat rysuje dynamiczną, niekiedy barokową wręcz kreską, niekiedy formy są czyste, określone, czytelne, niekiedy zagubione w chaosie surrealistycznego świata, światło, cień, kolor buduje przestrzeń tak żywą, że wręcz ekspansywną.

Niezwykle trudno jest artyście „wyłonić się” spośród nawarstwiających się zdarzeń i zjawisk, ogromu cudzych wypowiedzi, bogactwa środków artystycznych. Niezwykle trudno jest znaleźć w tym chaosie trendów, mód, módek, bycia cool odnaleźć swój styl, swój język, określić swoją postawę. I ten, kto to w dzisiejszej sztuce to potrafi odnajduje „wyspy szczęśliwe”. Swoje, własne, opisuje własny sposób istnienia, kreśli w sposób rozpoznawalny i wyrazisty swoje rozumienie i widzenie świata, swój sposób zderzania się z tym wszystkim, co wokół i z tymi wszystkimi, którzy byli i są wokół.

Prezentowany na wystawie wybór prac to grafiki, tempery i gwasze z lat 1967-2013. Wybór techniki czy też decyzja o użyciu koloru podyktowane były chęcią osiągnięcia odpowiedniego wyrazu świata przedstawionego"- pisze artysta. - Sztuka to ciągły dyskurs. I pobudzanie wyobraźni oraz zmysłów widza.

 Justyna Hofman - Wiśniewska

Przedruk z: Wirtualny Fotel: www.aict.art.pl

Grafiki Franciszka Bunscha można zobaczyć na stronie: www.galeriakn.home.pl

 

 

 

 

Free Joomla! template by Age Themes